15 lipca 2018

Jakiś czas temu, nie pamiętam już kiedy postanowiliśmy ze Zbyszkiem spróbować biegów górskich. Biegamy oboje sporo, a i góry nie są nam obce, bo to właśnie one – Alpy – nas połączyły. Dlaczego więc nie polatać trochę po Alpach? W zeszłym roku zaliczyliśmy taki próbny start i jakoś tam poszło. W tym roku już zupełnie świadomie zaczęliśmy przygotowania pod konkretne zawody. Jako ambasadorka firmy Dynafit otrzymałam możliwość startu w Szwajcarii, pod Eigerem właśnie. Sama jednak nie chciałam jechać, postanowiłam więc, że wystartujemy w klasyfikacji drużyn. Oznaczało to jedno: znoszenie swojego towarzystwa na 51 kilometrowej trasie, o przewyższeniu blisko 3200 metrów. Niby łatwo, a jednak nie.

Wymagania organizatora co do drużyn były niewielkie. Wystarczyło tylko wbiegać obok siebie na wszystkie punkty kontrolne i oczywiście razem wbiec na metę. Prosta sprawaJ

Do Szwajcarii pojechaliśmy kilka dni wcześniej, bo jak to przed zawodami zawsze jest wiele do zrobienia. Odebrać pakiety, spakować się, co w Alpach wcale nie jest proste, no i najważniejsza rzecz: zrobić jedzonko, czyli nasze magiczne żele RunTheMountain.

Start naszego dystansu, ze względu na dużą ilość zawodników następował w dwóch falach: 7.15 i 7.30, jednak w strefach należało się zameldować sporo wcześniej. O 7.15 wystartowaliśmy. Oczywiście od razu pod górę. Pierwsze kilometry prowadziły główną drogą Grindelwaldu, wśród tłumów kibiców zagrzewających do walki. Nie minęło jednak wiele czasu, a asfalt zamienił się w szutrową ścieżkę, prowadzącą w samo serce gór. Początkowo biegło nam się całkiem przyjemnie i nic nie wskazywało na to, że coś się zmieni. A jednak. Około 8 kilometra, a więc kiedy byliśmy już powyżej 2000 m n.p.m zaczęła psuć się pogoda. Zrobiło się zimno, zaczęło wiać i solidnie padać. Pomiędzy mną a Zbyszkiem też zaczęło się coś psuć. Nie mogliśmy dojść do porozumienia w najprostszych sprawach: zakładać kurtki, czy nie zakładać, zmieniać skarpetki czy szkoda czasu, gdzie są rękawiczki bo ręce skostniałe, jedno chce sikać, a drugie nie chce, jedno się ubiera, drugie właśnie chce się rozebrać. Jednak w jednym byliśmy zgodni: co 20 minut trzeba jeść!!!

Wszyscy wiemy, że po deszczu zawsze wychodzi słońce. Tym razem też tak się stało: po kilku kilometrach kłótni w ulewie jakoś doszliśmy do porozumienia i wreszcie zaczęliśmy współpracować. Biegliśmy równiutko, wspólnie zaliczając wszystkie punkty kontrolne. Właśnie podbiegaliśmy na punkt znajdujący się na 25 kilometrze trasy, na wysokości 2681 m n.p.m gdy minęła nas jak błyskawica pewna szwajcarska para. Zapierniczali pod górę aż się skała kruszyła. Szkoda tylko, że zawodniczka była cały czas wpychana przez swojego partnera. Jakoś to mało fajnie wyglądało, ale w sumie może poproszę Zbyszka, aby na jakimś maratonie popychał mnie do przodu. To oczywiście żarcik, bo nie akceptuję takich zachowań. Jak dla mnie to zwykłe oszustwo. Szwajcarska para została wyśmiana nie tylko przez nas, ale co z tego, kiedy byli już na szczycie. Wkrótce i my się tam zameldowaliśmy, uzupełniliśmy wodę i pognaliśmy w dół. W końcu trzeba jakoś znaleźć się o 2000 metrów niżej. Jeśli jednak ktoś liczył na to, że będzie non stop z górki, to się srodze przeliczył. Szwajcarzy zadbali o to, żeby nie było nudno! Tak około 30 kilometra zaczęło być nadzwyczaj ciężko. Nagle wszyscy wkoło nas zaczęli sapać, jęczeć, dyszeć. O co chodzi??? Ano o to, że pogoda znowu się zmieniła i to bardzo bardzo mocno. Nastał solidny upał. Ani chmureczki na niebie, a szwajcarskie słońce dosłownie przypalało nam czaszki. Woda znikała z flasków i camelbagów w tak zastraszającym tempie, że pomimo tego, że punkty odżywcze znajdowały się co 8-10 km, to nie nadążaliśmy jej uzupełniać. W życiu tyle nie wypiliśmy. Wody oczywiścieJ Kiedy tak biegliśmy w tym cholernym słońcu, nagle przed nami pojawił się punkt odżywczy. To meta!!! Tak zareagował mój przypalony mózg. Wbiegamy tam więc i rozglądamy się nerwowo. Jak to meta? Niemożliwe. Ale dookoła widzimy biegaczy odbierających worki z depozytu. Po chwili sytuacja się wyjaśniła: to przepak dla dystansu 101 km. Czym prędzej pognaliśmy dalej, nie napełniając nawet flasków. Teraz, kiedy siedzę sobie spokojnie w domu zastanawiam się nad jednym: jak mogłam pomyśleć, że tam jest meta??? Końcowe kilometry zawodów z powodu braku wody były dosłownie drogą przez mękę. Organizator również wspiął się na wyżyny pomysłowości i wymyślił, że od 45 km do mety będzie podbieg, który na 50 kilometrze przekształci się w mega podbieg, a raczej mega strome podejście. Tutaj jednak czekały tłumy kibiców i swoimi okrzykami zagrzewały nas do walki, do wykrzesania z siebie jeszcze odrobiny. Ostatnie 400 metrów biegu to już przysłowiowa bułka z masłem. Równiuteńko!!! Nie wiem jak Zbyszkowi, ale mi przy wbieganiu na metę zakręciła się łezka w oku. To już??? Niemożliwe!!! Zrobiliśmy to!!! Jeszcze tylko medal. Wiem, że na niego zasłużyliśmy. Czas 08:10:35,9. Dało nam to 6 miejsce!!!

 

Eiger UltraTrail, czyli co my tutaj tak właściwie robimy :)

Zrobione w WebWave CMS