31 marca 2019

W zeszłym roku, gdy tylko dowiedziałam się, że Halowe Mistrzostwa Świata Masters odbędą się w Polsce, w Toruniu postanowiłam wystartować. Taka okazja nie zdarza się co dzień. Do Torunia mam przecież tylko 300 kilometrów, a nie np. 3000. Jeszcze bardziej ucieszyłam się, gdy do konkurencji typowo halowych dołożono biegi crossowe, bieg na dystansie 10 km oraz półmaraton. Te konkurencje rozgrywane oczywiście poza halą. Cross w pobliskim parku, dyszka i półmaraton po ulicach miasta.

Postanowiłam zarejestrować się na dystans półmaratonu i ... zostać Mistrzynią Świata. Tak sobie wymyśliłam i tyle :)

Wiedziałam, że muszę trenować jeszcze ciężej niż do tej pory, ale akurat treningu się nie boję. Jednak w miarę upływu czasu, gdy na listach startowych przybywało nazwisk coraz bardziej dochodziło do mnie, że to nie będzie takie proste. W styczniu, na kilka dni przed końcem zapisów na liście startowej zobaczyłam nazwisko zwyciężczyni prestiżowego maratonu w Osace, zwyciężczyni wielu biegów na dystansie maratonu, półmaratonu, 10 km, biegów górskich na całym świecie, uczestniczki Igrzysk Olimpijskich w Atenach. W takiej sytuacji byłam bliska poddania się, ale po przemyśleniu sprawy postanowiłam robić swoje, czyli trenować.

Do Torunia jechałam trochę z duszą na ramieniu. Moja największa rywalka odebrała pakiet startowy. Wiedziałam więc że jest już na miejscu i wystartuje. Oczywiście wcześniej przekopałam cały internet aby zobaczyć dokładnie jak wygląda i myślę że ona zrobiła dokładnie to samo, ponieważ jakoś tak dziwnie na mnie patrzyła. Jednak to ona była zdecydowaną faworytką tego biegu. To co się wydarzyło nie powinno mieć miejsca. A było tak:

Trochę się miotałam, bo nie wiedziałam jakim tempem biec te zawody. Z jednej strony chciałam zrobić nową życiówkę, z drugiej natomiast walczyć o ten złoty medal. Zwyciężyła oczywiście ta druga opcja i zamiast zacząć spokojniej i stopniowo się rozkręcać, tak jak mam to w zwyczaju już od pierwszego kilometra biegłam 2-3 metry za moją rywalką. Jej tempo było zbyt szybkie jak na moje możliwości, ale przecież nie mogłam nie spróbować.  Simona Staicu - bo o niej mowa - dosłownie co minutę odwracała się nerwowo i sprawdzała czy jeszcze biegnę czy już padłam. Ta zabawa trwała może do 10-11 kilometra.  Przy punkcie odżywczym moja rywalka lekko zwolniła a ja pomyślałam sobie: teraz albo nigdy!!!  Wyprzedziłam ją i jeszcze przyspieszyłam aby trochę uciec. Było ciężko, bo biegłam sama, pod wiatr, zegarek mi się wyłączył, więc nawet nie znałam tempa biegu. Cel był tylko jeden: gnać w stronę mety i nie dać się wyprzedzić. A efekt???

Efekt jest taki że moje marzenie się spełniło!!!

Zostałam Mistrzynią Świata!!!

 

 

8. World Masters Athletics Championship Indoor - Toruń

Zrobione w WebWave CMS